Oda do garów

Smród unosił się wszędzie Smród unosił się wszędzie
Opadła gadzina zabiła wszelki blask
Nie płaczcie nade mną przechodni goście
Nie lękam się łez żaru piekieł poznać czas
Mucha brzęczy najedzona sowicie
Wyśmienite potrawy ułożone w jej smak
W lesie życia tętni jeszcze skowycie
Czy zdołam jednak porzucić mroku mak
Rosnący nieopodal jak nadzieja utkana z potu łez
Nie odbieraj mi mych jagód
Na mnie wszak nie szkoda łez
Ulubionych grani bogów wzywających
Wstań i powstań
Czarna ziemia pod stopami
….. no dalej dokończę jutro, na okoliczność mycia garów